Nigdy ci się to nie przydarzy – rozmowa z Justyną Godlewską-Kruczkowską

Nigdy ci się to nie przydarzy – rozmowa z Justyną Godlewską-Kruczkowską

Nigdy ci się to nie przydarzyz Justyną Godlewską-Kruczkowską rozmawia Jolanta Hinc-Mackiewicz, kierownik literacki

 

Czy marzyła Pani o roli Lady Makbet?

 

Nie, nigdy. To ogromne zaskoczenie i ogromna radość, bo kiedy byłam nastolatką i uprawiałam teatr amatorsko, monologi wielkich heroin kusiły mnie. Usłyszałam wtedy od instruktora: „Zapomnij, bo z twoimi warunkami to ci się nigdy nie przydarzy”.

 

Zatem ma Pani satysfakcję, że wszystko potoczyło się inaczej?

 

Tak. Chyba tak… Podobną sytuację przeżyłam już wcześniej, kiedy Katarzyna Deszcz powierzyła mi rolę Balladyny. Wtedy to było również duże zaskoczenie, zwłaszcza, że dwadzieścia lat wcześniej w dramacie Juliusza Słowackiego grałam Alinę. Świadczy to tylko o tym, że…

 

Rozwija się Pani talent?

 

Na pewno się rozwija mój charakter, a może te złe cechy, które powodują, że pasuję do postaci… (ha, ha). A może chodzi o zmianę aparycji, bo kiedyś byłam drobną, szczupłą blondynką z sopranem. Teatr i doświadczenia, które dzięki Panu Bogu, a może naturze pojawiły na mojej drodze, pozwoliły mi zachowywać dziewczęcą czy wręcz dziecięcą radość, bo jestem dość emocjonalną osobą. A nagle zaczyna mnie dotykać, zaczyna pracować we mnie dojrzewanie do ról i postaci przychodzące z wiekiem, z namacalnymi doświadczeniami życia, śmierci i przemijania. Okazuje się, że z każdej przykrości można wiele wynieść. I tylko muszę sobie przypominać, że nie warto pielęgnować czegoś, co było i minęło, a lepiej czerpać z tego. Jestem sentymentalna, aż do granic kiczowatości. Tak mnie cieszy i wzrusza, że zaczynaliśmy razem z Bernardem ponad dwadzieścia lat temu jako Kopciuszek i Książę, a teraz znów się spotykamy. Mam nadzieję, że i tym razem nam się powiedzie, tak jak w poprzednich naszych duetach.

 

Graliście również razem w Balladynie?

 

Tak. Bernard grał rycerza Kirkora – Fon Kostryna, a ja Balladynę. Teraz staramy się o tym zapomnieć i podnieść relację poziom wyżej.

 

Zagranie tak silnej postaci pasuje do Pani charakteru, jest Pani silną kobietą, prawda?

 

To jest przedziwne… Wszyscy mnie tak postrzegają, a jest zupełnie inaczej, a może jednak jestem silna? Bardzo się cieszę, że jestem w stanie tę rolę udźwignąć. Mam nadzieję, że podołam, że spełnię oczekiwania.

 

Czy Makbet Bernarda Bani jest słabym mężczyzną poddającym się zbrodniczym sugestiom żony?

 

W naszej interpretacji jest inaczej. Myślę, że najbardziej charakteryzują naszego Makbeta słowa wypowiadane przez Lady Makbet, kiedy dowiaduje się, że wiedźmy przepowiedziały mu, że będzie królem Szkocji. Wtedy mówi sama do siebie: „Nęci cię wielkość, ambicji ci nie brak”. To jest ten rodzaj mężczyzny, który bardzo by chciał, ale ma jakieś obawy, przemyślenia… I wtedy ona to wykorzystuje. Tak jak kobiety, które wspierają swoich mężów: „Makbetów”, przyszłych szefów świata. Znamy historie kobiet, które stoją za plecami wielkich zbrodniarzy lub wielkich przywódców.

 

Czy Lady Makbet motywuje żądza władzy, czy chce dopomóc swemu mężowi osiągnąć sukces?

 

Nasza Lady Makbet Anno Domini 2022 z wojną za granicą i z sytuacją na świecie najbardziej kojarzy mi się z kobietą, która robi wszystko głównie dla siebie, choć jednocześnie kocha swego męża. Jest to ten rodzaj kobiet, które się obrażają, które zawłaszczają mężczyznami, grają na cienkich strunach męskości, emocji. Wiedzą, gdzie dotknąć. Są motorami sukcesów, ale i podjudzają, nakręcają…

 

Manipulują?

 

Tak. Sączą jad do ucha mężczyzny, choć niby są w społeczeństwie bez głosu. A pogrywanie seksem? Lady Makbet wie, kiedy użyć ciała, kiedy popchnąć go do działania. To jest porażające dla mnie nawet dzisiaj. Może wynika ze stereotypów, w których od wieków funkcjonujemy. W naszej realizacji Lady Makbet jest, jak to prowadzi reżyser, nawet trochę prymitywna. Często mi Grzegorz Suski przerywa, mówiąc: „Za poetycko, za szlachetnie. Tu nie ma miejsca na empatię”. Wszystko zależy od wizji i interpretacji reżysera, którą realizujemy. To on wyznacza tory, po których błąka oszalała Lady Makbet. Zadaję sobie jednak pytanie, czy gdyby Lady Makbet była naprawdę zła i pozbawiona wyrzutów sumienia, to zwariowałaby? A może traci zmysły, bo mąż nie spełnił jej oczekiwań? Zwariował pierwszy, widział duchy i burzył jej wspaniały plan, posuwając się dalej na ścieżce zbrodni?

 

Czy z perspektywy roli Lady Makbet – to będzie opowieść o kobiecie, która pozostaje niespełniona, ponieważ upatruje nadzieję w swoim partnerze, mężczyźnie, o którym myślała, że zrealizuje jej skrywane marzenia o władzy?

 

Tak, myślę, że to trafione w punkt. Właśnie tak…wszystko zawodzi… Jednak nie chciałabym, by moja Lady Makbet była koturnowa, przemawiała z piedestału. Lubię oglądać teatr, który tak mnie wciąga, że zapominam, że jestem w teatrze. A to się dzieje wtedy, kiedy zaczynam wierzyć w historię, która jest opowiadana. Zaczynam wierzyć niezależnie od tego, czy jest realizowana w kostiumie barokowym, średniowiecznym czy futurystycznym.

 

To wiąże się ze sposobem grania?

 

Tak, to zależy od prawdy, którą niosą w sobie aktorzy, kiedy zapominamy, gdzie jesteśmy, wzruszamy się, płaczemy na filmie czy w teatrze. A doświadczyłam tego na scenie, że ludzie potrafią krzyknąć do aktorów, zapłakać albo śmiać się tak, że musimy odczekać, bo jest głośno i śmiech nie ustaje. Sądzę, że nasz Makbet będzie zachwycał swoją widowiskowością, na co stawia reżyser. Grzegorz Suski lubi przedstawienia podparte talentami akrobatycznymi i machinerią teatralno–cyrkową. Ale warto, by ta nasza krwawa baśń poza atrakcyjnością konstrukcji i realizacji przemówiła również czymś więcej. Chciałabym, by do młodego widza, do którego jest kierowana, dotarło coś więcej dzięki środkom aktorskim opartym na emocjach, na słowie. Żeby Shakespeare był zrozumiały nie tylko w warstwie słownej, ale również, by poruszył jakąś strunę w sercu, w głowie. Istotne jest nie tylko to, by młodzi widzowie długo nie mogli zapomnieć o naszym przedstawieniu, ale aby podejmowali świadome wybory, kiedy dorosną. Chciałabym, by Shakespeare’em obudzić sumienia każdego człowieka w świecie, w którym można w imię czyichś racji strzelać do dzieci, bo nikt lepiej niż ten dramaturg nie opisuje konstrukcji człowieka i konstrukcji świata.

I jeszcze jedno: pragniemy, by widz zobaczył, co się dzieje, kiedy świadomie celowo, z pełną premedytacją sięgamy po siły zła. I by zadał sobie pytanie, czy to w ostatecznym rozrachunku warto się na to decydować dla osiągnięcia własnych celów?

 

Sądzi Pani, że ten spektakl będzie pełnił funkcję przestrogi przed tym, jak łatwo wpaść w sidła zła?

 

Pokładam taką nadzieję i umiejscawiam ją w relacji naszych postaci: Makbeta i Lady Makbet. To my mamy szansę pokazać, do czego prowadzi żądza władzy i manipulacja.

 

Gracie dramat w świetnym tłumaczeniu Stanisława Barańczaka?

 

Tak. Rozmawiamy ze sobą zupełnie normalnie jak ludzie, a nie relikty przeszłości. Choć mam dużą słabość do dawnych tłumaczeń Paszkowskiego, Słomczyńskiego, które lubiłam. I muszę z tym walczyć, bo one dźwięczą mi w uszach. Ten rytm, ten rym, które niosły. Czasem mam kłopot, bo sobie dodaję tamtym tłumaczeniem, kiedy znam jakiś fragment. Najlepszy przykład: „Co raz się stanie, to się nie odstanie”, a tu jest: „ Co raz się stało”. A ja uparcie powtarzam Słomczyńskim…

 

Nic dziwnego. To sformułowanie się też utarło, jak przysłowie… Co jest najtrudniejsze w tworzeniu postaci Lady Makbet?

 

Na pewno ta rola jest wyzwaniem. Zapytałam reżysera, czy nie boi się mi jej powierzać. Ale powiedział, że nie, ponieważ po doświadczeniach Balladyny wie, jakie mam możliwości. Nie oszukujmy się – Balladyna Słowackiego jest zainspirowana Makbetem Shakespeare’a. Ta praca to ogromna radość ze spotkania z tekstem, z autorem. Szkoda, że to się przydarzyło podczas remontu, kiedy nie możemy użyć całej machiny teatralnej. Ale w związku z tym przed nami trudniejsze zadanie: musimy się oprzeć na słowie, na aktorze, na człowieku. To jest zawsze najciekawsze i najpiękniejsze w teatrze.

 

Jak przebiega współpraca z reżyserem?

 

Cenię we współpracy z Grzegorzem Suskim to, że mogę mówić, co myślę, że możemy się kłócić. Reżyser wykazuje się dużą dozą cierpliwości i nie pielęgnuje urazy. Następnego poranka zaczynamy pracować od nowa, próbujemy znaleźć konsensus. Jest to dla mnie bardzo cenne, bo pozwala mi się czuć komfortowo i bezpiecznie.

 

Zawsze przed premierą jest gorąco, iskry się sypią…

 

Tak. Wydaje mi się, że to też jest efekt tego, że jednej i drugiej stronie zależy. Każdy walczy o swoje. Zdaję sobie sprawę z tego, że reżyser jest jak dyrygent. To jest jego wizja, jego dzieło, jego pomysł. My jesteśmy gliną w jego rękach. Jesteśmy żaglami, w które on dmie wiatr inspiracji, odwagi. On wyznacza kierunki. Nie zgodzę się tylko na jedno i będę mocno oponować, jeśli będziemy nazywani odtwórcami. Ale tu jest odwieczny dylemat, na ile swobody może sobie pozwolić aktor. Anegdoty już krążą na ten temat, że jeśli spektakl się udał, to brawo dla reżysera, a jeśli nie – to wina aktorów.

Jednak mnie się wydaje, że to energia zwrotna. Moja opinia wynikająca z doświadczenia i obserwacji, wielu spotkań z reżyserami jest taka, że jak dzieci są lustrem rodziców, tak aktorzy w spektaklu – to, jak wykonują swoją pracę, jest odbiciem relacji, energii między reżyserem a zespołem. Jak u kompozytora słychać jego charakterystyczne brzmienia, u malarza dostrzeżemy charakterystyczną kreskę, tak samo można poznać rękę reżysera, jego ducha.

 

Współpracowała już Pani z Grzegorzem Suskim przy Hobbicie?

 

Tak, przy tym spektaklu w scenie zbiorowej, piosence, układzie choreograficznym. Miałam też okazję współpracować z Grzegorzem przy projekcie Dziadów. Znamy się i myślę, że lubimy…

 

I będziecie się lubić po Makbecie?

 

Tak, mam taką nadzieję, a jeśli nie, to trudno. Gdy się spotykają silne osobowości, reżyser ma niełatwe zadanie. Ma dwadzieścia osób na scenie i każdy ma coś do powiedzenia. Pytanie, na ile mamy tej autonomii? Reżyser jest demiurgiem…

 

Tworzy nowy świat.

 

Można go porównać do Stwórcy, bo tworzy nowy świat, nowych ludzi powołuje do życia, wymyśla im relacje i to wszystko prawda. Ale utkwiło mi w głowie pytanie Haliny Mikołajskiej, na które trafiłam w którymś z jej wywiadów: jak to jest, że daję samą siebie, swoje wnętrze, swoją wyobraźnię, wrażliwość, serce…

 

Też ciało!

 

Tak, ciało. Buduję z siebie, tworzymy nową postać, a potem reżyser wyjeżdża i w sąsiednim mieście robi to samo (nawet jeśli to nigdy nie będzie takie samo) i zabiera mi moją osobowość, tę nowo narodzoną, stworzoną osobę i wkłada ją w inną aktorkę. Pytanie, czy mam prawo krzyczeć, awanturować się? Czy nie powinno nam wtedy być przykro? To mi utkwiło w pamięci. Chociaż aktorzy czasem bywają perfidni i kiedy reżyser wyjedzie, potrafią postawić na swoim. A ja uważam, że ostatnie zdanie jednak należy do reżysera.

 

Czy będzie coś w Pani roli z postaci Lady Makbet wykreowanej kilka lat temu w realizacji w Bielsku-Białej?

 

Nie sądzę, bo jesteśmy zupełnie różne z bielską odtwórczynią roli Lady Makbet. Grzegorz Suski mówi, że jest inna relacja między Makbetem i Lady Makbet, bo tam tytułowa postać była grana przez młodszego aktora. Na tym budowano tę relację. My z Bernardem Banią, grającym Makbeta, jesteśmy równolatkami, więc wektor konfliktów, sił jest przesunięty na inne tematy. Mówię też monologi, które są mi bardzo bliskie, a których Lady Makbet nie wygłaszała w realizacji bielskiej. Bardzo lubię nad nimi pracować. Jest to świetny materiał do pokazania wachlarza możliwości aktorki. Lady Makbet ma szansę być niejednowymiarowa.

 

Tego pani życzę. Będę z niecierpliwością czekać na premierę. Dziękuję za rozmowę.