Antrakt z Justyną Godlewską-Kruczkowską

Antrakt z Justyną Godlewską-Kruczkowską

„Mało zależy od ciebie!”

Czy trafiła Pani do teatru tuż po skończeniu szkoły teatralnej?

 

Wcześniej. Trafiłam już jako studentka czwartego roku, kiedy tylko pojawiła się możliwość realizowania dyplomów w teatrze poza Akademią. To była rola tytułowa w Iwonie księżniczce Burgunda Gombrowicza. Mój pierwszy dyplom okazał się dla mnie udany. Potem w drugim spektaklu dyplomowym Zemście – grałam rolę Klary, również w teatrze. I tak już zostało.

 

Na początek kariery teatralnej role tytułowa i główna, czyli oprócz talentu – ogromne szczęście!

 

Tak. Szczęście. Jak opowiadał profesor Bardini, w zawodzie aktora liczy się 2% talentu, 1% pracowitości, a 97% to szczęście. Dla mnie to nic innego, jak ludzie, których spotykasz na swojej drodze. którzy dostrzegają w tobie potencjał i wyciągają rękę. Miałam przeogromne szczęście na takich ludzi trafiać. Wielu opiekunów artystycznych nas wspierało i wprowadzało w tajniki przyszłej pracy zawodowej.

 

Czy myśli pani o prof. Waldemarze Śmigasiewiczu?

 

Tak, ale również o dyr. Andrzeju Karolaku, o prof. Barbarze Muszyńskiej, prof. Jerzym Rogowskim, Wojciechu Szelachowskim, Barbarze Stefaniak, Marii Redkowskiej, Andrzeju Dziermie, prof. Cezarym Szyfmanie, prof. Marku Waszkielu. Nie chciałabym nikogo pominąć.

 

Nasi mistrzowie nas kształtują, wpływają na nasze wybory artystyczne i życiowe. Wybierając mistrza, decydujemy się na pewien sposób funkcjonowania w sztuce, prawda?

 

Absolutnie się zgadzam. Dobrze, kiedy aktor jest plastyczny i umie pracować, dogadywać z różnymi reżyserami, ale rzeczywiście są takie osoby, z którymi bardziej nam po drodze. Być może podobna wrażliwość czy temperament. Bardzo trudno się uwolnić potem od postrzegania pracy i teatru inaczej niż przez pryzmat naszych nauczycieli. I to rzutuje na wszystko inne. Miałam wspaniałych mistrzów i bardzo jestem im za to wdzięczna.

 

U Waldemara Śmigasiewicza grała Pani w Dulskiej, Tangu i Boyu. Kabarecie?

 

Prof. Śmigasiewicz wówczas był konsultantem artystycznym teatru, a ja byłam najmłodszą aktorką w zespole o aparycji drobnego blond dziewczęcia. I to bardzo się szczęśliwie zdarzyło, że miałam takie role. Trafiłam też na grupę wspaniałych starszych aktorów, którzy przygarnęli mnie, nieprawdopodobnie pomagali i wspierali. Z niektórymi przyjaźnię się zresztą do dzisiaj. Wśród nich jest Jolanta Borowska czy Robert Ninkiewicz. Mamy co wspominać, do czego się odwoływać. Grałam bardzo dużo – przywilej młodości w teatrze, że tych ról jest dużo. Miałam też szczęście do bajek.

 

I znowu grała Pani główne role! Jak przebiegała praca z Wiesławem Komasą w Kopciuszku?

 

Znakomicie. Choć pracowaliśmy nad bajką, to naprawdę był crèm de la crèm: Andrzej Poniedzielski pisał słowa piosenek, muzykę skomponował Tadeusz Woźniak, a Wiesław Komasa reżyserował. To były ogromne, przepiękne produkcje, wzruszające i mądre. W Królowej śniegu grałam Gerdę. Wspominam współpracę z Petrem Nosalkiem przy tym spektaklu. Czesi –  niezastąpieni mistrzowie. Mimo że to była bajka, to praca jak nad Szekspirem. Zawdzięczam losowi, że miałam ogromny zaszczyt i przyjemność udziału w tych spotkaniach i zdarzeniach.

 

Czy Pani dzieli się też swoimi umiejętnościami z młodszymi aktorkami?

 

Hm, dzisiaj to niekoniecznie przez wszystkich jest dobrze postrzegane. Natomiast nie potrafię być obojętna, kiedy pracujemy nad spektaklem. Ponieważ jestem osobą wręcz przewrażliwioną, bardzo przejmuję się wszystkimi elementami spektaklu i czasami nie potrafię się powstrzymać od uwag. Bardzo lubię moją pracę. Kocham teatr, bo daje mi możliwość spotykania się z ludźmi. Cały czas przyjeżdżają nowi twórcy. Te spotkania są nieprawdopodobnie inspirujące. Każdy jest inny, każdy ma inną estetykę, myślenie o teatrze, sposób pracy. Wydawałoby się, że wszystkim chodzi o to samo, ale drogi, które prowadzą do celu, za każdym razem są inne. Jest to ogromnie twórcze i rozwijające. Kiedy wszyscy pracujemy w zgranym zespole z pełną świadomością, że gramy do jednej bramki, można się też twórczo spierać. Zdarza się jednak, że niektórzy sobie tego nie życzą, nawet młodsi koledzy. Niewątpliwie jednak w teatrze potrzebni są wszyscy: starsi ze swoim spokojem i doświadczeniem, a młodsi z energią i zapałem.

 

Z jakimi reżyserami woli Pani pracować? Takimi, którzy czerpią z aktora, improwizując czy z tymi, którzy mają własną wizję i tak długo pracują, aż osiągną zamierzony efekt?

 

Jestem zwolenniczką środka, czyli umiejętnego połączenia jednego z drugim. Aczkolwiek uważam, że nie ma większego szczęścia dla aktora, jak dobrze przygotowany reżyser, a dla reżysera myślący i kreatywny aktor. Ostatnie zdanie jednak zawsze należy do reżysera, do twórcy spektaklu. To on wybranym tekstem chce coś opowiedzieć, podzielić się z publicznością, natomiast aktorów wykorzystuje jak glinę do ulepienia swego dzieła.

 

Co Pani daje scena?

 

Możliwość pracy w zawodzie, osiągnięcia największego szczęścia, jakim jest zamiana pasji na pensję. Lubić swoją pracę i móc się z niej utrzymywać – to jest to! Bycie na scenie daje mi możliwość realizacji, ale też wyrażenia treści, podjęcia działań, na które nigdy bym się nie zdobyła w życiu. Scena daje mi bezkarność – mogę mordować i nic z tego nie wynika. (ha, ha) Mogę robić wszystko i nie ponosić konsekwencji!

 

A co jest trudne w zawodzie aktora? Może łączenie obowiązków zawodowych i rodzinnych?

 

Wiele grup zawodowych ma podobnie, np. lekarze. Niemniej prozaiczne życie codzienne w systemie pracy aktorów: 10.00-14.00 i 18.00-22.00 – może być uciążliwe, bo trudno wtedy zorganizować szkołę, zajęcia dodatkowe dzieci, itp. Mam ogromne szczęście, bo mnie wspiera mój mąż. Niełatwym wyzwaniem jest również ustawiczne wystawianie się na ocenę, której kryterium stanowi gust – rzecz bardzo niewymierna. Jednak w teatrze najgorsze jest  to, że tak mało zależy od ciebie. Tu decyduje dyrektor, reżyser, jesteś uzależniony od decyzji innych ludzi. Kiedy trafiasz na życzliwych, wspierających, dostrzegających Twój potencjał – jest dobrze. A jeśli jest przeciwnie?

 

Chciałabym, by z tych wywiadów wyłonił się prawdziwy obraz życia aktorów, bo wielu ludzi postrzega je jako sielankę.

 

Tak. Kiedy zachwycamy się powabem baletnicy fruwającej w powietrzu, trudno sobie wyobrazić cenę, którą ona płaci! Niewielu się zastanawia, że ta lekkość jest okupiona potem i krwią, godzinami codziennych morderczych treningów. Tego trzeba dotknąć, żeby uświadomić sobie, jaka to ciężka fizyczna praca. Aktorstwo wymaga połączenia ciała i ducha, ale też inteligencji, wrażliwości, siły i poczucia humoru. Bez tego ani rusz. Nie tylko na scenie.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

z Justyną Godlewską – rozmawiała Jolanta Hinc-Mackiewicz kierownik literacki