Dale Wasserman wg powieści Kena Kesey`a

Lot nad kukułczym gniazdem

Błędna jest opinia, że przeciętny człowiek kocha wolność. Jeszcze bardziej jest błędna opinia, że wolność jest łatwa. Wolność jest trudna. Trwanie w niewoli jest łatwiejsze. Umiłowanie wolności i dążenie do wyzwolenia już jest wskaźnikiem rozwoju człowieka, świadczy o tym, że człowiek wewnętrznie przestał być niewolnikiem. W człowieku jest zasada duchowa, niezależna od świata i niezdeterminowana przez świat.

Kiedy tylko ukazała się w USA powieść Kena Kesey`a, okrzyknięto ją natychmiast manifestem bitników, biblią buntowników, anarchistów i wszelkiej maści wyznawców wolności absolutnej.

W Polsce, po prapremierze w warszawskim Teatrze Powszechnym w 1977 roku, Lot… został odczytany jako alegoria systemu totalitarnego. Po latach zaś – tym razem na deskach naszego Teatru – tekst wciąż zaskakuje swoją aktualnością, wciąż przemawia do widza, wciąż bohaterowie Lotu… uosabiają bliską każdemu z nas potrzebę wolności i doświadczany przez wszystkich strach przed tą wolnością.

Znakomite kreacje zespołowe, świetna scenografia i wspaniały popis aktorski głównych adwersarzy – McMurphy`ego (Piotr Dąbrowski) i Siostry Ratched (Maria Pakulnis) – to najważniejsze atuty białostockiego spektaklu. Potwierdzają to reakcje publiczności: od dnia premiery wszystkie spektakle wieńczyły owacje na stojąco.

Recenzje:

Trzy godziny obłąkania

Publiczność do łez doprowadziła swoimi owacjami Marię Pakulnis, która na trzy godziny stała się zimną siostrą Ratched ze szpitala psychiatrycznego w inscenizacji Lotu nad kukułczym gniazdem.

Równie zimna była scenografia tworząca królestwo bohaterki. Jego porządek burzy pojawienie się lekkoducha McMurphy’ego, którego świetnie wykreował Piotr Dąbrowski. Na duecie Pakulnis – Dąbrowski się nie kończy. Każdy z bohaterów został świetnie obsadzony. Za każdym z nich podąża inna historia, każdy buduje swój specyficzny mikroświat w przerażającym kosmosie wariatkowa. I co najważniejsze, reżyserce udało się uciec od skojarzeń z filmową wersją powieści Kena Keseya w reżyserii Milesa Formana.

Marta Sawicka – Tygodnik WPROST

Dobrze skrojony Lot

Trzy godziny w psychiatryku nie dłużą się. Nienawidzimy siostry Ratched, trzymamy kciuki za McMurphy’ego, z zainteresowaniem obserwujemy milczącego Wodza Bromdena. (…)

Konflikt pomiędzy siostrą Ratched i McMurphy’m to nie tylko pojedynek dwóch silnych indywidualności – to starcie wykluczających się postaw, zderzenie diametralnie różnych sposobów widzenia i rozumienia rzeczywistości. Ona wierzy w porządek. Dla niego najważniejsza jest wolność. Ona działa metodycznie, on jest spontaniczny – ona kieruje się zimną kalkulacją, dla niego bodźcem do działania są emocje. Oboje są w stanie zaryzykować wiele, nawet życie, by bronić swoich racji. Siostra Ratched jest funkcjonariuszem systemu. McMurphy

to instynktowny kontestator. Zagadką pozostaje to, za kim opowie się publiczność – bezpośrednio pacjenci oddziału psychiatrycznego, a wraz z nimi widownia teatralna czy wreszcie całe społeczeństwo. Czy zgodzimy się na ograniczenie wolności osobistej w zamian za pełną miskę

i bezpieczeństwo, czy wybierzemy ryzyko i odpowiedzialność decydowania o sobie?

(…)

Dawno nie oglądaliśmy w Dramatycznym spektaklu, w którym praca reżysera byłaby tak widoczna i tak skuteczna, jak w Locie…. Julia Wernio dokonała rzeczy niezwykłej, przynajmniej na białostockiej scenie – przemieniła aktorów w postaci dramatu. Odnosi się wrażenie, że wszyscy aktorzy dostali od reżyserki jasno określone zadania i zostali nakłonieni do ich wykonania. Cofnięto przyzwolenie na rozwalanie spektaklu “własną inwencją”. Cała para poszła w budowanie postaci, zamiast w zwyczajową autopromocję.

Aktorzy zmagają się z zadaniami scenicznymi, a nie z problemem, co ze sobą zrobić pomiędzy kolejnymi kwestiami. Efekty są bardzo ciekawe. Warto zwrócić uwagę na udane kreacje dramatyczne Rafała Olszewskiego (Billy Bibbit) i Tadeusza Sokołowskiego (Dale Harding) czy farsowe Roberta Ninkiewicza (dr Spivey) i Sławomira Popławskiego (Cheswick). Ogólnie niemal każdą postać udało się wyposażyć w indywidualny, ciekawy typ osobowości. Nawet te wygrane na jednym geście czy frazie (wielu widzów zapamięta mantrowane przez Tadeusza Grochowskiego, Ruckly’ego, „pieprzyć wszystko”). Każda postać posiada własne, niedublowane przez innych bohaterów, zadanie do wykonania. Nie ma parad aktorskich, tylko gra zespołowa. Nawet gwiazda Lotu…, grająca siostrę Ratched Maria Pakulnis, jest tak ustawiona, że nie zawłaszcza przedstawienia, co mogłaby dość łatwo zrobić.

Scenografia (autorstwa Elżbiety Wernio) przekonująco buduje realia szpitalne. Dobrze dobrana muzyka i ciekawe rozwiązania choreograficzne (łatwo poznać „rękę” Wojciecha Blaszki z Fair Play Crew) przydają widowisku atrakcyjności. Wszystko razem sprawia, że długachny spektakl ogląda się gładko i przyjemnie. „Lot…” przypomina dobrze skrojony garnitur – ukrywa defekty, podkreśla atuty „nosicieli” (o ile akurat takowe posiadają).

Jerzy Szerszunowicz – Kurier Poranny

Kombinat siostry Ratched

Niespodzianka: teatralna wersja Lotu nad kukułczym gniazdem przeżyła konfrontację z filmowym ideałem. I ze zderzenia wyszła raczej bez większych obrażeń. (…)

Ciekawie rozegrane jest napięcie między Pakulnis a Dąbrowskim: ona – zimna piękność, stukająca obcasami, roztaczająca aurę chłodu, on – żywioł, dowcipniś, który w chwilę potrafi trafnie rozpoznać manipulację, jakiej poddani są pacjenci.

Tło jest równie istotne jak scysje między wyżej wymienioną dwójką. W Węgierce wypada interesująco. Aktorzy cały czas są na pełnych obrotach, budując role, nie odpuszczają nawet na chwilę. Efekt – galeria postaci bynajmniej nie papierowych, a z krwi i kości. Pójściem na łatwiznę byłoby przedstawienie grona wariatów jedynie za pomocą min i gestów, podpatrzonych

u psychicznie chorych. Tu cały ten sztafaż jest, ale jest też autentyczny dramat samotnych, wrażliwych ludzi. Billy – terroryzowany przez matkę i Ratched – chłopiec, z wyczuciem grany przez Rafała Olszewskiego. Harding (Tadeusz Sokołowski) – filozof, który łamie się torturowany przypomnieniem seksualnych kłopotów z żoną. Scanlon (Bernard Bania) węszy spisek, wciągając łapczywie powietrze. Cheswick (Sławomir Popławski) – trze nerwowo spodnie. Tadeusz Grochowski (Ruckly), którego ze stuporu wyrywa słowo „żona”. Czy postaci, które mówią ledwie kilka słów (Wódz) lub nic (Ellis), a jednak zwracają uwagę (Adam Zieleniecki I Maciej Radziwanowski).

Jak zagubiona jest to społeczność – widać szczególnie w scenach, gdy władzę nad nimi przejmują na przemian Ratched i McMurphy. Zbijają się w stadko jak spłoszone kurczęta, lub też hardzieją (scena oglądania telewizyjnej transmisji meczu). W efekcie spektakl ma ciekawy rytm.

Wszystko to w świetnej industrialnej scenografii Elżbiety Wernio – szklanej sterylnej przestrzeni, w której – jak w kombinacie – pełno wtyczek, pokręteł, świetlówek. Cieplej zrobi się tu tylko, gdy przyjdą dziwki – radość pacjentów projektuje na białe ściany, które na chwilę staną się kolorowe.

Monika Żmijewska, Gazeta Wyborcza

 

  • Scena: duża
  • Premiera: 15 marca 2008
  • Autor: Dale Wasserman wg powieści Kena Kesey`a
  • Reżyser: Julia Wernio
  • Asystent reżysera: Julia Wacławik-Dąbrowska
  • Scenografia: Elżbieta Wernio
  • Opracowanie muzyczne: Robert Leszczyński
  • Choreografia: Wojciech Blaszko

       Obsada

  • Aleksandra Maj - Sandra
  • Bernard Bania - Scanlon
  • Franciszek Utko - Matterson
  • Jolanta Skorochodzka - Candy Starr
  • Krzysztof Ławniczak - Martini
  • Maciej Radziwanowski - Ellis
  • Marek Tyszkiewicz - Pielęgniarz Warren
  • Maria Pakulnis - Siostra Ratched
  • Monika Zaborska-Wróblewska - Siostra Flinn
  • Piotr Dąbrowski - Randle Patrick McMurphy
  • Piotr Półtorak - Pielęgniarz Williams
  • Rafał Olszewski - Billy Bibbit
  • Rober Ninkiewicz - Doktor Spivey
  • Sławomir Popławski - Cheswick
  • Tadeusz Grochowski - Ruckly
  • Tadeusz Sokołowski - Dale Harding