Sławomir Mrożek

Dom na granicy

MROŻEK W JĘZYKU POLSKIM

Na deski Teatru powraca „Dom na granicy” – tym razem po polsku. Latem mieliśmy okazję obejrzeć spektakl w języku esperanto, który cieszył się dużym powodzeniem. Obejrzało go wielu gości, przybyłych na Kongres Esperanto. By to świetne przedstawienie mogli obejrzeć również Ci, którzy jedynie o nim słyszeli, powstała polska wersja.

Treść „Domu na granicy” Sławomira Mrożka nie jest obca nikomu – nawet tym, którzy nie znają treści sztuki. To problem istnienia granicy – kordonu, sztucznego podziału, krechy wytyczonej na mapie, która nie liczy się z naszymi małymi ojczyznami, a może nawet przebiegać przez środek podwórka, wręcz pomiędzy pokojami w jednym domu. Mrożek wychodzi od najbardziej oczywistego znaczenia słowa, jako granicy pomiędzy państwami, by – z właściwym sobie wdziękiem – poprowadzić rozwój wypadków w stronę kompletnego absurdu.

Oto pewnego razu niezbyt zamożna, lecz szczęśliwa i spokojnie bytująca rodzina dowiaduje się, że przez środek ich domu (dosłownie) będzie przeprowadzona granica. Początkowo są zaintrygowani, zaciekawieni tym faktem – możliwością skupienia na sobie uwagi całego świata. Nie podejrzewają nawet, jakie praktyczne następstwa będzie miał dla nich fakt wytyczenia granicy. Pierwszym, drastycznym przejawem nowego porządku jest śmierć teściowej: staruszka zostaje zastrzelona w chwili, gdy chce dostać się do… własnej szafy. W swej nieświadomości przekroczyła nielegalnie, bo bez paszportu granicę państwową (szafa od niedawna znajduje się na terytorium innego kraju…). Absurdy zaczynają się piętrzyć: malowany w czerwone i białe paski szlaban wzdłuż małżeńskiego łoża, kontrola celna w czasie posiłków (chcąc sięgnąć łyżką do miski, narusza się suwerenność terytorialną obcego państwa…), przemytnicy w łóżku, wywiadowcy obcych mocarstw pod stołem w jadalni, czołgi w domu i zaminowana podłoga. Śmiejąc się i bawiąc w najlepsze zostajemy złapani w pułapkę poważnej refleksji: nad sensem istnienia granic i konsekwencjami tego faktu dla rozumienia takich pojęć, jak patriotyzm, ojczyzna, wolność jednostki. Dopada nas świadomość, że korowód pozornie nonsensownych zdarzeń scenicznych jest nam skądś znany… Skąd? Z Białegostoku. Z Podlasia. Szerzej z Kresów. Bo „Dom na granicy” to ukazana w krzywym zwierciadle sytuacja wszystkich „obszarów granicznych” – terytoriów geograficznych, ale też tygli kulturalnych, narodowościowych, mentalnych.

BYŁ MROŻEK W JĘZYKU ESPERANTO

Co to wszystko miało wspólnego z językiem esperanto? By odpowiedzieć sobie na to pytanie, wystarczy przypomnieć, w jaki sposób narodziła się idea języka międzynarodowego (uniwersalnego). Podobno stało się to w czasie wizyt młodego Ludwika Zamenhofa na białostockim rynku. Przyszły Doktor Esperanto w wieku 10 lat napisał dramat Wieża Babel, czyli tragedia białostocka w pięciu aktach. Wyrażał w nim przekonanie, że główną przyczyną sporów i nieporozumień między ludźmi są – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – zakłócenia w komunikacji, brak narzędzia do sprawnej wymiany informacji. Remedium miał być nowy język. Dziecko sformułowało ideę uniwersalnej platformy komunikacyjnej – położyło podwaliny myślenia o współpracy i porozumieniu ponad podziałami etnicznymi, historycznymi, kulturowymi, geograficznymi. W idei esperanto można dostrzec wizję świata, którą obecnie wcielamy w życie – wielonarodowej wspólnoty, która nie niszcząc charakteru społeczności lokalnych, oferuje możliwość sprawnego dialogu, wymiany informacji, idei, technologii, współpracy gospodarczej i kulturalnej. Niwelowanie barier komunikacyjnych nie zagraża odmienności, za to prowadzi do stopniowego osłabiania, a wreszcie usunięcia barier terytorialnych. Jesteśmy tego świadkami i uczestnikami takiej wspólnoty – Unii Europejskiej. To rzeczywistość biegunowo różna od tej, którą tak przenikliwie opisał i zdiagnozował Sławomir Mrożek w „Domu na granicy”.

Zagranie tego spektaklu w języku esperanto jest pomysłem zaiste przewrotnym! Mając w postaci esperanto gotowe narzędzie i ideę likwidowania barier, budowania ponadnarodowych wspólnot, wybraliśmy system pełny sztucznych barier i nonsensownych zakazów. Budowaliśmy rzeczywistość z premedytacją odizolowaną od reszty świata, ksenofobiczną, ograniczającą swobodę przemieszczania się i wyboru dogodnego miejsca do życia. Przez ostatnie dwadzieścia lat pracowaliśmy nad tym, by wyjść z traumy poprzedniego systemu politycznego. Jesteśmy coraz bliżej, lecz ciągle jeszcze daleko od urzeczywistnienia idei, którą Ludwik Zamenhof opracował i ogłosił ponad 120 lat temu. Historia chichocze złośliwie, domagając się od nas wszystkich poważnej refleksji. Bez niej wszystko tak łatwo może się powtórzyć. Szczególnie w miejscu, w którym granice biegnące przez środek domu nie zawsze była tylko groteskowym konceptem scenicznym.

„Dom na granicy” został przygotowany z okazji 94 Światowego Kongresu Esperanto, który odbył się w dniach 25 lipca – 1 sierpnia 2009 r. w Białymstoku.

Więcej o esperanto i Ludwiku Zamenhofie  www.centrumesperanto.pl 

Warto przeczytać co piszą młodzi: Anna Mikiciuk

Recenzje:

Obyś żył w ciekawych czasach. Ponoć gdy ktoś tak mówi, nie życzy nam dobrze, a raczej rzuca klątwę. W „Domu na granicy” niepowszedniość i historia staje bohaterom kluską w gardle. Nie wspominając o katafalku
Teatr Dramatyczny wystawia sztukę Sławomira Mrożka – jedną z tych, które śmieszą, ale do pewnego momentu; po nim już tylko zostajemy z ogłupiałą miną i śmiać już się nam nie chce. „Dom na granicy” w reż. Piotra Dąbrowskiego miał swoją premierę w lipcu ub.r., ale w nietypowej wersji: aktorzy zagrali go w języku esperanto, specjalnie dla gości Światowego Międzynarodowego Kongresu Esperanto. Po kilku miesiącach zespół Węgierki doszedł do wniosku, że szkoda ich pracy na dwa przedstawienia jedynie, postanowiono więc przygotować też polską wersję.

To spektakl, który – choć realizowany na dużej scenie – ma w sobie kameralność i prostotę. Nie ma w nim zbędnego przepychu, wydumanego anturażu, są proste, ale sugestywne rozwiązania. Jedynym inscenizacyjnym luksusem, ale sensownym – są multimedialne animacje. Ostatnio na scenie Węgierki wyjątkowo częste, co też może w pewnym momencie nużyć, ale w przypadku „Domu na granicy” – ciekawe, podkreślające absurd, w jakim przyszło żyć bohaterom spektaklu.Oto pewna zwyczajna wielopokoleniowa rodzina egzystuje sobie w spokoju. Dzień wyznaczony rytuałami, pani domu jak spod igły, pan domu cokolwiek rozmamłany, teść jeszcze bardziej niż zięć, teściowa – starzejąca się z godnością, wrzaskliwe dzieci… Ale wszyscy wydają się zadowoleni. Obiad przy wspólnym stole, role wyznaczone, atmosfera nieco jak z reklamy – bowiem w tym sielankowym życiu sztuczności też trochę można znaleźć, ale to sztuczność jeszcze na poziomie swojskości.

Któregoś dnia w ów świat wkraczają dziwne postaci we frakach i melonikach – dyplomaci. Z informacją: przez dom ma przebiegać granica dwóch państw. Zaskoczeni domownicy, w sumie jednak spolegliwi, informację przyjmują ze stoickim spokojem: no trudno, może będzie nawet ciekawie? Byleby tylko podłogi nie porysowali. No i na początku może jest ciekawie, do chwili gdy nestorka rodu pada trupem, próbując wziąć coś z szafy. Okazuje się, że szafa jest już po drugiej stronie granicy, a że kobieta nie miała paszportu, to i do szafy zajrzała nielegalnie – została więc zastrzelona. Dyplomaci rozkładają ręce, domownicy zasmuceni, ale nadal spolegliwi, uczą się żyć na nowo we własnym domu. Polityczna, choć miała być eksterytorialna, jest więc teraz szafa, polityczne są pierożki i kluski, spożywane w strefie celnej (stół stoi akurat w miejscu, w którym umieszczono szlaban, każde podniesienie do ust łyżki opieczętowane jest przez strażników), w toalecie nieoczekiwanie przez okno wsuwa się lufa czołgu, a po domu poruszać się można już tylko z pomocą przepustek.

Wbrew pozorom opowieść Mrożka, choć przejaskrawiona, wcale nie jest wzięta z kosmosu. Historia – szczególnie na pograniczach, również tym naszym – zna takie przypadki: gospodarstwa dzielone przez granicę, bo tak zdecydowała wierchuszka, rodziny rozdarte na pół, mały człowiek w obliczu „wielkiej”, bolesnej historii, ale też niuansów narodowościowych czy kulturowych.

„Dom na granicy” to rzecz o tym, jak ludzie ludziom fundują absurdy. O tym, jak czasem pragniemy zmiany i niepowszedniości, ale też o tym, jak to pragnienie może nas czasem zwieść na manowce. Jeden z głównych bohaterów żałuje w pewnym momencie, że jego kluski nie są po prostu zwyczajne, tylko muszą być – bo ktoś w górze o tym zdecydował – historyczne.

Spektakl ma kpiarski, nieco surrealistyczny klimat, sprzęgnięty z taką też muzyką. Nawet to, co groźne, tu podszyte jest groteską. Główni bohaterowie niby są zwyczajni, ale czasem przybierają nienaturalne wystudiowane pozy. W efekcie czasem można odnieść wrażenie, że to kukiełki z przylepionymi uśmiechami, z rezygnacją przyjmujące to, co im góra ześle i jak poruszy sznurkami. Ów kukiełkowy charakter podkreślają też zabawne animacje, jakby wprost spod ręki rysownika satyryka. Pokazują to, co się dzieje za drzwiami, za którymi debatują dyplomaci, a rodzina obserwuje przez dziurkę od klucza: dyplomaci – wcześniej pełni powagi i elokwencji, w zaciszu zmieniają swój wizerunek: alkohol, panienki, tańce na stołach. I przy okazji decydowanie o losach maluczkich.

Pochwalić trzeba aktorów – niemal wszyscy są charakterystyczni, dbają o detale, starają się wypełnić puste momenty w spektaklu drobnymi gestami. Żona (Agnieszka Możejko, wystylizowana na idealną panią domu z lat 50.), nawet gdy płacze nad trumną matki – strzela do dyplomatów oczami, poprawia włosy. Gospodarz domu (Piotr Półtorak) człapie klapkami, snując się z kąta w kąt. Teść (Marek Tyszkiewicz) kombinuje, jakby tu zdobyć jeszcze jedną kluskę z zagranicy i wyczynia zdegustowane miny nad stołem. Albo gdy kilkakrotnie próbuje zapalić świecę nad trumną żony, a świeca nie chce mu się zapalić.

Takie sceny zapadają w pamięć.
Monika Żmijewska – Gazeta Wyborcza, luty 2010

 

  • Scena: duża
  • Premiera: 27 lipca 2009 roku
  • Przekład: Jerzy Handzlik
  • Autor: Sławomir Mrożek
  • Reżyser: Piotr Dąbrowski
  • Asystent reżysera: Julia Wacławik-Dąbrowska
  • Scenografia: Katarzyna Gabrat
  • Animacje: SOYA

Obsada

  • Agnieszka Możejko-Szekowska - Żona
  • Aleksandra Maj - Dziecko
  • Bernard Bania - Dyplomata
  • Danuta Bach - Teściowa
  • Katarzyna Mikiewicz - Przemytnik
  • Krystyna Kacprowicz-Sokołowska - Dyplomata
  • Krzysztof Ławniczak - Kapitan Saperów
  • Maciej Radziwanowski - Strażnik
  • Marek Tyszkiewicz - Teść
  • Monika Zaborska-Wróblewska - Celnik
  • Piotr Półtorak - Ja
  • Piotr Szekowski - Celnik
  • Sławomir Popławski - Dyplomata
  • Tadeusz Sokołowski - Dziecko