Juliusz Słowacki

Beniowski

Romantyczna „zadyma”, szalona eskapada. Historia polskiego szlachcica, uciekającego z kraju przed procesami i wierzycielami. Para aktorów wciela się w kilkanaście postaci, prowadząc sobą burzliwy pojedynek. Reakcje po wydaniu „Beniowskiego”? Skrajnie negatywne: Słowackiego próbowano zmusić do odwołania zawartych w nim treści, przeproszenia Polski, w końcu… walczącego słowem wyzwano na pojedynek na broń palną.

Czasy i realia się zmieniają, ale my, Polacy, jesteśmy wciąż konsekwentnie „nieprzemakalni”. Ironia Słowackiego uderza w sedno polskości. Najlepszym na to dowodem jest „Beniowski” Krzysztofa Kopki – doskonała propozycja dla szkół, znawców literatury, ale też dla wielbicieli inteligentnej rozrywki.

O dygresjach:

Co prowokuje hasło „Beniowski”? Dukamy: ”poemat dygresyjny Juliusza Słowackiego”. Dygresje dotyczą i spraw ogólnych, jak i bardzo osobistych. Nasza melancholia i „narzekactwo” to choroba narodowa Polaków, mówi Słowacki. Jakich „Beniowskich” dziś spotykamy?

 

 Premiera: 3 czerwca 2006

Scena: mała

Ceny biletów:

bilet normalny - 25 zł

bilet ulgowy - 20 zł

bilet studencki - 12,50 zł

 

Czas trwania spektaklu: 60 min.

Reżyser: Krzysztof Kopka

Scenografia: Ewa Beata Wodecka

Obsada:
 · Bernard Bania: On
· Aleksandra Maj: Ona

 

Autor zdjęć: Konrad Adam Mickiewicz

Recenzje:

"Reżyser Krzysztof Kopka sięgnął po "Beniowskiego" - świetny, pełen humoru poemat dygresyjny, słusznie skądinąd uznawany za jedno ze szczytowych osiągnięć poety. Zdecydował się na zadanie karkołomne: tekst, w którym, mimo skrótów, i tak roi się od najróżniejszych postaci, dał do ręki ledwie dwojgu aktorom, każąc im zmieniać skórę co kilka wręcz sekund. Scenografię zaś (a dodajmy, że bohater przemierza rozmaite egzotyczne krainy) zgodził się ograniczyć do stołu, krzesła, szala i butelki.

Efekt? Naprawdę znakomity: godzinka z pięknie i humorystycznie podaną frazą Słowackiego, prostota i lekkość spektaklu. Nie zdąży nam chyba nawet przelecieć przez głowę myśl o nudzie, bo też i nie ma na to czasu. Rzecz zaczyna się szybko, potem pędzi - a tempo wieszcz nadaje niezłe! - by równie szybko się skończyć. Chwalić trzeba Aleksandrę Maj i Bernarda Macieja Banię: dają z siebie wszystko, pięknie radzą sobie z wierszem, bawią się nim - i co najważniejsze: nie gubią jego lekkości ni ironii. Tak jak jest w tekście - tak i w spektaklu jest rytm i żart. (...) Mnóstwo tu inscenizacyjnych pomysłów i żartów z udziałem ciekawie animowanych rekwizytów. A to szal zamienia się w lejce, krzesło w konia (spójrzcie na figlarne miny aktorki). Szal może się też zamienić w wiosło (również Maj), a na stole można przepłynąć Dniepr. Dłońmi zaś zatrzepotać i wmówić publice, że to gołębie, prześladujące Beniowskiego. Aktorzy rzucą się też na oczach widzów na pieczyste i rozerwą je na strzępy, jak przystało na uczestników głośnej (choć ich tylko dwójka) sarmackiej uczty.
Dorzućmy do tego żarciki z litery samego tekstu (spektakl zaczyna się kpiarską recytacją, jakby żywcem wziętą z polonijnego konkursu oratorskiego: aktorka - zaciąga aż miło; gdy mowa zaś o paleniu odurzających wonności u chana - na scenę wkracza teatralny kamerdyner... i zapala papierosa)."

Monika Żmijewska, "Beniowskiego ciekawe zwidy", Gazeta Wyborcza Białystok, 5 czerwca 2006 r.