Świat nigdy nie był normalny

Rozmowa z Grzegorzem Chrapkiewiczem, reżyserem spektaklu „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”

„Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” Petera Zelenki w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku to Pańska siedemdziesiąta piąta realizacja. Na taką okazję nie wybiera się przypadkowego tekstu.

Muszę przyznać, że nie do końca liczyłem te realizacje, więc nie został on wybrany pod rocznicę. Niemniej jest to dramat bardzo mi bliski. „Siedzi we mnie” odkąd go przeczytałem bardzo dawno temu. Jest bardzo przejmujący przy pozornie zabawnym entourage’u sytuacji i zdarzeń. Oddziałuje na mnie niezwykle prawdziwym, szczerym wzruszeniem. Właśnie dlatego, gdy padła propozycja pracy w Białymstoku, od razu zapytałem czy był on już w repertuarze. Gdy się okazało, że nie był i mogę go tu zrealizować – bardzo się ucieszyłem. Jest to również tekst, dzięki któremu można w sposób niezwykle interesujący pracować z aktorami. Aktorzy mogą podczas tej pracy odnaleźć w sobie cechy, możliwości, umiejętności, pewien rodzaj wrażliwości, z którą nigdy dotąd się nie spotkali, której nigdy w sobie nie odkryli. Obojętnie jaki będzie ostateczny rezultat, wiem, że jest tu kilku aktorów, którzy porozmawiali ze sobą tak szczerze, jak nigdy dotąd.

Jest to tekst bardzo trudny w realizacji. Pozwala pokazać kunszt reżysera, stanowi jednak niemałe wyzwanie dla aktorów. Iskrzy się niesłychanie zmiennymi, często skrajnymi emocjami. By oddać jego sens trzeba go w sposób niezwykle przemyślany i dokładny podać na scenie. Jakie cechy powinien posiadać „aktor Zelenki”?

Być może zabrzmi to banalnie, ale po pierwsze jest to specyficzny rodzaj wrażliwości, w której, jak chciał Grotowski, łączy się psychologiczna analiza z rygorem formy. Umiejętność takiego realizowania zadań aktorskich jest warunkiem sine qua non udanej pracy nad twórczością Zelenki. Analiza psychologiczna musi potem zostać sprawnie ujęta w rygor formy. A ten rygor formy jest tu osobną, niezbywalną wartością. Są aktorzy, którzy nie potrafią się temu poddać. Nie mają w sobie takich umiejętności. Narzucony rygor zamyka ich. I wtedy nie potrafią zrealizować tego zderzenia, oddać „drugiego dna”, które jest niezwykle ważne. Ostatni raz pracowałem w Białymstoku dość dawno i nie znałem zbyt dobrze aktualnego zespołu. Wybrałem się na jedno z przedstawień „Balladyny” i zobaczyłem właściwie całą obsadę tego spektaklu. Jestem z niej bardzo zadowolony. Reżyserzy mawiają, że dobra obsada to połowa sukcesu. Ja za tę „połowę sukcesu” dziękuję losowi, swojemu wieloletniemu doświadczeniu i intuicji. Nastąpiło zderzenie szczęśliwych wypadków – jak mówi jeden z bohaterów tej sztuki. Wbrew pozorom, na tym to właśnie polega. Nie jestem geniuszem, który potrafił prześwietlić ich w ciągu jednego przedstawienia.

W spektaklu spotykają się aktorzy od wielu lat grający w tym zespole, młodzi, którzy niedawno do niego dołączyli oraz kilkoro aktorów gościnnych. W efekcie dało to nową energię.

Rzeczywiście przy okazji tej realizacji spotkały się odmienne „aktorskie światy” i to zderzenie jest wspaniałe. Do „Opowieści…” zaprosiłem trójkę aktorów gościnnych – jednego z Warszawy oraz dwójkę z Łodzi. Grają w nim też młodzi absolwenci białostockiego Wydziału Sztuki Lalkarskiej, którzy niedawno dołączyli do zespołu.

Większość białostockiego zespołu stanowią absolwenci tego wydziału.

Jestem profesorem Akademii Teatralnej. Niedawno spotkałem rektora Wojciecha Malajkata i powiedziałem mu, że jestem zachwycony poziomem tutejszego nauczania. Ludzie, z którymi mam okazję pracować przy tej realizacji są zachwycający warsztatowo i osobowościowo. Są niesłychanie pracowici. Udało mi się ich porwać do pracy poza wyznaczonymi godzinami prób, co nie zawsze się zdarza. Kiedy idę po zakończonej próbie pracować samodzielnie albo odpoczywać w hotelu, oni się spotykają i ćwiczą, szukają. Przynoszą na kolejną próbę nowe propozycje. Atmosfera wokół tej realizacji jest bardzo inspirująca. Aktorzy, którzy często ze sobą pracują znają każdy swój gest, krok czy timbre głosu. Bardzo mi zależało, żeby ich „odczarować”, żeby sięgnęli po coś, czego do tej pory nie dotykali. I chyba mi się to udało. Wydaje mi się, że widzowie, którzy często odwiedzają ten teatr i znają ten zespół mogą być bardzo zaskoczeni niektórymi aktorskimi kreacjami.

Czy świat zwariował? Tak mogłoby się wydawać po obejrzeniu „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”.

Wydaje mi się, że świat nigdy nie był normalny. Zawsze był zwariowany. Zawsze żyli na nim niebanalni, interesujący ludzie – nieco odklejeni od norm. To stwarza nową jakość. Daje dystans. Powoduje, że nie jesteśmy znudzeni życiem, że życie, ludzie, świat potrafi nas zaskoczyć. Świat zaskakuje właśnie dlatego, że nie jest poukładany. Były w historii próby układania świata wedle jakichś zasad, reguł czy, co najgorsze, reżimów. Zawsze jednak odpowiedzią na to był bunt. Ludzie chcą wyeliminować wszystko to, co ich ogranicza, sprowadza na ziemię. Większość to drażni, niepokoi. Ludzie chcą być wyzwoleni, a szaleństwo jest pewnym rodzajem wyzwolenia. Dlatego wydaje mi się, że ten tekst spełni się teraz i spełni się za dwadzieścia lat. A jeśli ten świat przetrwa dłużej, to zawsze artyści będą do niego wracać.

Rozmawiał Konrad Szczebiot

Listopad 2, 2017